Po ostatnim tańcu również są bisy. O Jordanie w Wizards

Po ostatnim tańcu również są bisy. O Jordanie w Wizards

Ostatni taniec jest zwrotem używanym często odnośnie zawodników u końca swojej kariery mających możliwość zagrania o ostatni triumf. Termin ukuto w ostatnim mistrzowskim sezonie Michaela Jordana, a wypromowany został w ostatnich latach dzięki mini-serii “Last Dance” wyprodukowanej przez Netflix. Paradoksalnie tamten sezon dla dwóch gwiazd tamtego sezonu – Jordana i trenera Petera Jacksona nie był ostatnim, a obaj mieli jeszcze coś sobie do udowodnienia w kolejnych latach. Szczególnie kariera Jordana w Wizards pokazała, że nawet po kolejnym powrocie można jeszcze udowodnić swoją wartość.

Powroty do zawodowego sportu były różne. Często sportowcy decydują się na powrót głównie w celach marketingowych i promocji zarówno klubu jak i własnej osoby. Ostatnim przykładem jest Lukas Podolski w Górniku Zabrze, który realizuje się również na innych polach, a powrót do Polski miał ułatwiony ze względu na zobowiązania medialne, jakie zawarł piłkarz w Niemczech. W swoim trzecim powrocie walczy Robert Kubica, który ponownie musi drżeć o swoją przyszłość w Formule 1, a każdy dobry występ to jeden malutki krok do pozostania dalej w stawce. Motywy Jordana inspirujące go do wyjścia ponownie na trening były zupełnie inne.

W styczniu 1999 roku NBA była w trakcie lockoutu, wynikającego ze sporu między zawodnikami, a organizacją. Tego samego miesiąca pół roku po ostatnim mistrzostwie Jordan zdecydował się zakończyć karierę. Praktycznie od razu został wiceprezydentem Washington Wizards. Drużyna była świeżo po zmianie nazwy, a dwa lata wcześniej zanotowała przyzwoity sezon zakończony grą w play-offach. Koszykarz przejmował rolę w zespole przechodzącym kryzys, który nie mógł nawiązać do wspomnianego sezonu. Ostatecznie jednak Jordan nie miał wystarczającego doświadczenia w roli zarządzającego sprawami sportowymi. Dziwne decyzje dotyczące draftu, pozbywanie się koszykarzy na wysokich kontraktach nie były mile widziane przez kibiców zwłaszcza, że zespół szorował o dno stawki. Czarodziejom był potrzebny impuls zarówno sportowy, jak i marketingowy. Powrót Jordana do gry był też ucieczką do przodu w wykonaniu sportowca. Nikt nie był mu w stanie zarzucić, że ucieka z pola bitwy, na którym sobie nie poradził, gdyż każdy oczekiwał jego powrotu. Druga kwestia napędzająca powrót Jordana była obawa o swoją spuściznę. Minęły dwa-trzy sezony, a media zaczęły dyskutować o osiągnięciach nowych gwiazd nie wspominając już tak często wielkie wyczyny byłego zawodnika Byków.

Jordan przychodził do zespołu będącym w kiepskim stanie, z rekordem 19–63, będącym najgorszą defensywą w lidze, oraz jedną z gorszych ekip grających w ofensywie. Tylko Chicago Bulls było niżej w konferencji notujący o cztery zwycięstwa mniej. Wraz z przyjściem 38-letniego Jordana również dokonano zmiany trenera, którym został Doug Collins drugi trener koszykarza w Bulls. Drugi powrót Jordana nie był już aż tak ekscytujący jak pierwszy, gdyż koszykarz nie wracał na stare śmieci i nie deklarował walki o mistrzostwo. Dodatkowo był o wiele starszy i cierpiał na różne drobne kontuzje, których nabawiał się w trakcie przygotowań do swojego powrotu. Swój pierwszy mecz dla Wizards Jordan przegrał, ale też rzucił 19 punktów. Na swoje pierwsze zwycięstwo nie musiał długo czekać, gdyż udało mu się to dwa dni później z Atlantą Hawks. Dodatkowo uzbierał łącznie 31 punktów. Jordan nie tylko miał wiele świetnych spotkań, ale też jego gra ułatwiała rozgrywanie kolegom z drużyny. Potrafił rzucić w jednym spotkaniu 50 punktów, a dodatkowo jeszcze w czterech rzucił ponad 40. Niestety trapiły go kontuzje i w drugiej połowie sezonu nie był w stanie pomóc Wizards w grze o play-offy. Na przełomie 2001 i 2002 roku Jordan miał średnią punktów zbliżoną do 30, szczególnie wliczając wspomniane rekordy powyżej 50 i 40 punktów w jednym meczu. Ostatecznie Washington zakończył rywalizację z wynikiem 37-45, prawie dwukrotnie lepszym niż rok wcześniej. Zespół wskoczył na 13 miejsce jeśli chodzi o siłę ofensywną, oraz zajął 21 w rankingu dotyczącym obrony. Największy sukces to jednak skok oglądalności. Tylko San Antonio miało większą widownie niż Wizards. Michael Jordan nawet otrzymał kilka głosów w wyborze na MVP sezonu. Średnio Jordan uzyskał 22,9 punktów na mecz oraz dorzucił 5,2 asysty, 5,7 zbiórki oraz 1,4 przechwyty. Nie były to wielkie liczby jak na zawodnika takiego kalibru, ale trzeba pamiętać, że miał już 39 lat, był to pierwszy sezon po trzy letniej przerwie, zaczęły się przytrafiać mu kontuzje i rozegrał zaledwie 60 spotkań. Rzucający obrońca był liderem zespołu w punktach, asystach oraz przechwytach.

W ostatnim sezonie Jordan rozegrał 82 spotkania najwięcej ze wszystkich koszykarzy swojej drużyny. Udało się Wizards utrzymać ten sam rezultat jak rok temu, jednak drużyna ucierpiała w efektywności gry w obronie oraz w ataku przez co nie udało się zawalczyć o playoffy ponownie. Zespół dalej był jednym z najwyższa frekwencją w lidze. Ostatecznie oddanie Richarda Hamiltona do Pistons za Jerry Stackhouse’a nie przyniosła oczekiwanych skutków. Jordan częściej wchodził z ławki, ale i tak w wieku 40 lat zanotował średnią prawie 20 punktów na mecz. Ostatecznie koniec przygody z Wizards był gorzki. Mimo celebrowania ostatniego sezonu przez kibiców NBA oraz rzucania przyzwoitej liczby punktów, właściciel Wizards uznał, ze czas skończyć współpracę z Jordanem również jako osobą odpowiedzialną za zarządzaniem zespołem. Nową gwiazdą ekipy z Waszyngtonu został Gilbert Arenas, ale zarówno on jak i nowy trener nie potrafili utrzymać poziomu ery Jordana. Zespół wrócił praktycznie na swoje miejsce pod względem liczby zwycięstw, gry w ataku oraz obronie, a także liczby widzów. Wizards nie wykorzystali szansy jaką był Michael Jordan, a kilka okazji, jakie mieli na zostanie poważną drużyną grającą o mistrzostwo zmarnowali koncertowo.

W 2009 roku podczas mowy związanej z przyjęciem Jordana do Galerii Sław NBA, koszykarz sugerował, żeby nikt się nie zdziwił jego grą na zawodowym poziomie w wieku 50 lat. Wszyscy zebrani goście uznali to za żart, ale przez wiele lat krążyły plotki o rzekomym powrocie Jordana do gry w ramach kolejnego klubu – Charlotte Bobcats. Była gwiazda NBA została właścicielem drużyny, a ekipa z Charlotte borykała się z problemami wizerunkowymi oraz sportowymi jak Wizards. Była to nowa ekipa grająca w NBA od 2003 roku zajmując puste miejsce w mieście po przeprowadzce Hornets do Nowego Orleanu. Symboliczny występ Jordana miałby wesprzeć ekipę w budowie swojej marki, a zawodnicy Bobcats rywalizujący na treningach ze swoim szefem opisywali jego grę w superlatywach. Ostatecznie po trzecim powrocie zostały tylko plotki, a sam Jordan kilka lat temu zarzekał się, że już nie trenuje z zawodnikami swojej drużyny i nie wyzywa ich jak miał kiedyś w zwyczaju na pojedynki jeden na jednego.

Michael Jordan to dowód, że historia opowiedziana wielokrotnie ma jeszcze w swoim epilogu kilka ciekawych wydarzeń. Nie zawsze ostatni taniec będzie tym ostatnim jeśli tancerzowi i widzom zależy na następnych występach. Na koncertach czasem zespoły zostawiają na bis swoje najbardziej kultowe kawałki, na które czekają widzowie. Może Jordan nie zagrał najpiękniej jak potrafił, ale kibice oglądając grę czasami mogli poczuć się jakby cofnęli się w czasie, a w Waszyngtonie dalej nie pojawił się grajek dorównujący wpływowi na drużynie jak staruszek Jordan. „Ostatnie tańce”, czy „ostatnie rzuty” to hasła pasujące kibicom oraz mediom, gdyż ładne podsumowanie kariery można pamiętać i opisywać w tekstach. Jordan jak to on zdecydował się, że jego zakończenie będzie zupełnie inne, bardziej skomplikowane. I tak właśnie kończą wielcy sportowcy. Na własnych zasadach.

Fot. Wikipedia